ST LUCIA

2020

W ostatnią podróż 2020 roku udałem się ponownie na karaiby. Ułatwione procedury podróżowania podczas pandemii ułatwiają mi w podejmowaniu decyzji:  gdzie kolejny wypad i kiedy ....  padło na wyspę St Lucia !

 

Wyspa Św. Łucji w archipelagu małych Antyli, czyli jednym słowem Saint Lucia to państwo w regionie Morza Karaibskiego w Ameryce Środkowej ze stolicą w mieście Castries. O wyspę rywalizowali zarówno Anglicy jak i Francuzi, którzy zaczęli ją kolonizować dopiero w połowie XVII wieku. Saint Lucia stale przechodziła odtąd z rąk do rąk, chociaż, jak można zauważyć, większość nazw miejscowości i szczytów ma korzenie francuskie. Ostatecznie w XIX w. przejęta przez Brytyjczyków. Obecnie niezależny kraj, jednak angielska królowa w dalszym ciągu pozostaje głową państwa. Wyspa ma 620 km2 i około 160 tys. mieszkańców, a mimo to naród ten wydał aż dwóch laureatów nagrody Nobla – ekonomistę Arthura Lewisa i literata Dereka Walcotta. Poza stolicą inne ważne miasta to Gros Islet, Soufrière oraz Vieux Fort.

Wypad bardzo spontaniczny; bilet kupiony cztery dni przed wylotem, miałem tylko trzy dni na załatwienie wszystkich formalności - zrobienie testu na Covid oraz zarejestrować się na stronie departamentu zdrowia. Jednym z warunków pozwalającym na przekroczenie granicy było wcześniejsze przesłanie negatywnego testu, jednak nie później niż 24 godziny przed wylotem. Po rejestracji uzyskałem status: pending. Taką też formę wydrukowałem i wraz z negatywnym wynikiem testu udałem się na lotnisko.

Odprawa biletowa na lotnisku w Newarku w stanie New Jersey przebiegła bez zarzutu. Pracownik linii lotniczej American Airlines zainteresowany był tylko negatywnym wynikiem testu, na jego podstawie otrzymałem kartę pokładową. Pokazałem również mój status rejestracji, ale dowiedziałem się że będę musiał go okazać na lotnisku w Charlotte gdzie będę miał czterdziestopięcio minutową przesiadkę.

Szczęście że samolot wystartował o czasie, w innym przypadku krótkie połączenie mogło by się okazać za krótkie i ugrzązł bym na jeden dzień w Charlotte.

To mój pierwszy pobyt na tym lotnisku, nie często korzystam z American Airlines. Po wyjściu z rękawa B15 i wejściu na terminal... tłumy jakich dawno na lotnisku nie widziałem. Samolot do St. Lucia podstawiony był przy następnej bramce.... B16.
Po raz kolejny każdy z pasażerów musiał pokazać negatywny test na wirusa oraz potwierdzoną rejestrację w departamencie zdrowia St. Lucia, której ja nie mam. W tym przypadku również status "pending" wystarczył abym mógł wejść do samolotu, ale pracownik lotniska zastrzegł że jeżeli do czasu lądowania nie zmieni mi się status to czeka mnie 14 dniowa kwarantanna na wyspie, a ja mam powrót za 3 dni.

Siedząc już w samolocie dostałem emaila że rejestracja została przyjęta pomyślnie - approved. Ufff... spadł ze mnie wielki ciężar.

Przed lądowaniem każdy z pasażerów został zobligowany do wypełnienia formularza imigracyjnego.

Po wylądowaniu na międzynarodowym lotnisku Hewanorra UVF, wszystkich pasażerów skierowano do specjalnie przygotowanego namiotu na terenie portu lotniczego. Zmierzono nam temperaturę oraz kazano wypełnić kolejny formularz w którym trzeba było zaznaczyć miejsce pobytu oraz kontakt. Następnie po formalnościach specjalny korytarz prowadził do hali przylotów gdzie oczekiwały na pasażerów służby straży granicznej. Cała procedura trwała nie dłużej niż 20 minut. Jest kolejna pieczątka w paszporcie.... i 112 kraj na koncie...  huuraaa !!!

Koszmar zaczął się jak tylko zamknęły się za mną drzwi lotniska. Wynajęcie samochodu okazało się fikcją, wszystkie stoiska zamknięte na cztery spusty, a za dojazd do centrum Castries taksówkarze zaliczyli sobie $80 USD gotówką, to prawie całkowity koszt wynajmu auta na 3 dni. Naruszyło to znacznie mój zaplanowany budżet na ten wyjazd. Pomyślałem że mam pecha, ale podróżowanie w czasach pandemii ma również swoje skutki. Planowałem objechać wynajętym pojazdem wyspę, plany posypały się w gruz. Po godzinie dotarłem do hotelu w Castries.

Byłem zmuszony również pozostać cały swój pobyt w jednym hotelu poprzez obostrzenia w poruszaniu się po wyspie. Drugą noc powinienem spędzić w małym kolonialnym miasteczku u podnóża Pitons. Szczęście że hotel w Castries miał wolne pokoje i bez problemu mogłem pozostać w nim do końca pobytu. Warunki troszkę spartańskie: bez dostępu do telewizji i z limitowanym internetem.

Widok z tarasu hotelu na małe lokalne lotnisko przyćmiewał jednak wszystkie niedogodności.

Na kolację zamówiłem pizzę z dostawą, jedyny otwarty fast-food w mieście.

Następnego dnia pobudka tylko skoro wstało słońce, na śniadanie resztki wczorajszej pizzy. Udałem się pieszo do centrum w poszukiwaniu wynajęcia taksówki na cały dzień (...)

Kierowca okazał się bardzo komunikatywnym, dużo mówiącym o swojej wyspie człowiekiem. Chciał ją zaprezentować z jak najlepszej strony i ilekroć przystawiałem obiektyw do oka – zatrzymywał się bym mógł zrobić dobre zdjęcia. Sprawiało mu to dużo przyjemności.

Najpierw zatrzymaliśmy się na kilku tarasach widokowych.

Kolejny punkt z widokiem był na zatokę Marigot Bay - jedną z najpiękniejszych zatok na Saint Lucia. Lokalna plaża z palmami, barami oraz restauracjami na wybrzeżu czynią z tej zatoki naprawdę ładne miejsce.

Marigot Bay to historyczny punkt orientacyjny, będący miejscem licznych bitew między flotą francuską i brytyjską.

W zatoce kręcony był film – Doktor Dolittle. Sfilmowano w niej sceny wraku statku, wielkiego różowego ślimaka morskiego i konstrukcji uprzęży dla Giant Lunar Moth.

Jedziemy dalej. Tryb niezmienny – piękne miejsce – przystanek – jazda serpentynami – piękne widoki – przystanek... Na horyzoncie pojawiają się Pinoty.

Są naprawdę imponujące. Miejscem godnym uwagi jest również Soufriere – druga, co do wielkości miejscowość na wyspie (po stolicy - Castries).  To nad nią górują dwa wzniesienia: Petit Piton (738mn.p.m.) i Gros Piton (786m n.p.m.). Są to nieczynne stożki wulkaniczne. Powstały z lawy i skał, a dziś częściowo pokryte są roślinnością. Obie góry wystają z morza i są widoczne z wielu kilometrów. Wspinać można się jedynie na Gros Piton, po uprzednim uzyskaniu zezwolenia.

Wynajęcie lokalnego taksówkarza ma czasami i dobre strony, zaprowadzą nas do miejsc które ogólnie nie są dostępne dla przeciętnych turystów. Mało uczęszczany szlak rozpoczynał się tuż przy głównej drodze, nigdy w życiu nie zorientowałbym się że prowadzi on na najlepszy punkt widokowy gór jaki możemy sobie tylko wyobrazić.

Uwierzcie że schodzić się nie chciało, mógłbym się patrzeć i patrzeć zwłaszcza że widok ubogaciła nam tęcza. Następnie dotarliśmy do ogrodu botanicznego, który znajduje się w miejscowości Soufrière. Ogród w St. Lucia był jednak naprawdę piękny. Do tego przewodniczka w szczegółowy sposób opisywała każdą roślinę. W ogrodach pracują wolontariusze, którzy oprowadzą Cię po ogrodach jeżeli będziesz tam na własną rękę. Teoretycznie nie pobierają za to żadnych opłat, ale wiadomo – liczą na napiwek.

Po kilkunastominutowym spacerze, dotarliśmy wreszcie do głównego punktu, czyli diamentowego wodospadu. Wodospad uznawany jest za jeden z naturalnych cudów świata i faktycznie jest przepiekny. W tym miejscu zostało nakręconych nawet kilka filmów, np. „Miłość, Szmaragd i Krokodyl” lub „Superman 2”. Jak to przy każdej głównej atrakcji turystycznej, tak i przy diamentowym wodospadzie jest raczej tłoczno. Trzeba szybko pozować do zdjęć, żeby zwolnić miejsce następnym osobom.

Niedaleko źródeł i wodospadu znajduje się także mały kiosk z pamiątkami, lodami, przekąskami i zimnym piwem.

Ostatnim miejscem podczas dzisiejszej wycieczki był aktywny wulkan Soufriere, i wjazd samochodem do samego krateru. Warto podkreślić że owy wulkan jest jedynym na świecie po którym można poruszać się samochodem. Czynny krater można zobaczyć, a raczej poczuć nawet jeszcze nie będąc na miejscu. Zapach przypomina dosyć charakterystyczną woń zgniłego jajka. Można się do tego przyzywczaić po kilku minutach.

U stóp wulkanu znajdują się także kąpiele błotne, a błoto ma podobno korzystne skutki na skórę i zdrowie.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na chwilę w Soufriere.

Gdyby nie fakt że anulowano mi wynajęcie samochodu to dzisiejszą noc spędził bym właśnie tutaj, i wielka szkoda bo miasteczko naprawdę ma swój urok. Wyczuć tutaj można unoszącą się w powietrzu atmosferę spokoju i relaksu.

Poczta, kościół pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP i sklep spożywczy tworzą pewnego rodzaju centrum. Są tu jednak miejsca warte podkreślenia – honorowy konsulat Niemieckiej Republiki Federalnej, pomnik Wolności upamiętniający odwagę i waleczność niewolników którzy w 1796 roku pokonali brytyjskich żołnierzy, unikatowy punkt naprawy komórek i komputerów czy samochód sprzedający CD, oczywiście i choinka, jestem tutaj w okresie Bożonarodzeniowym.

Przy wjeździe do stolicy znajduje się największa na wyspie plantacja bananów której tradycja sięga XVII wieku. Bez problemu było można zatrzymać się i zanurzyć w głąb bananowców. My jedziemy dalej, ale osoby zainteresowane poznaniem historii tego miejsca mogą zgłosić się do małego biura znajdującego się w szopce i poprosić o przewodnika.

Warto natomiast było zatrzymać się na moment przy rezydencji gubernatora generalnego. Wejść na posiadłość jest raczej nie możliwa ale można było zrobić kilka fotek.
Obecny budynek pochodzi z 1894 roku, poprzednie dwa znajdujące się w tym miejscu zostały zrównane z ziemią podczas huraganów w 1817 i 1865 roku.

Stolica przywitała nas deszczem.

Nie było większego sensu spacerowania po mieście, postanowiłem że wrócę do hotelu i wybiorę się sam na podbój centrum, skoro tylko przestanie padać.

Deszcze tropikalne mają to w sobie że trwają bardzo krótko. Zdążyłem się tylko odświeżyć i odgrzać wczorajszą pizzę.

CASTRIES

Trzeba przyznać, iż to istny tygiel wszystkiego – od niczego do wszystkiego – w centrum miasta można zupełnie za nic otrzymać kokosy, które lokalsi rozłupują na życzenie klienta.
Brak turystów daje się odczuć na każdym kroku. Miasto powinno tętnic życiem, a jak wygląda ? Pojedyncze osoby spieszą się z jednego do drugiego miejsca. Totalna pustka....

Pierwszym miejscem do którego kieruje swoje kroki jest park Dereka Walcotta, noblisty w dziedzinie literatury z 1992 roku. Oprócz fontanny znajdują się tutaj dwa pomniki: jeden już wcześniej wspomnianego Dereka Walcotta, a drugi kolejnego lokalnego noblisty tym razem w dziedzinie ekonomii Williama Arthura Lewisa.

Na przeciwko parku znajduje się bardzo ważne miejsce kultu religijnego na wyspie - Katedra Niepokalanego Poczęcia NMP. Świątynia pochodzi z 1899 roku.

Jestem obecnie w miejscu, w którym jakoby wydarzył się jeden z najbardziej zdumiewających cudów z udziałem papieża Jana Pawła II podczas Jego pielgrzymki 7 lipca 1986 roku.

Doszło do cudownego uzdrowienia chorego dziecka o imieniu Kevin, lekarze nie dawali mu żadnych szans na przeżycie, a chłopak następnego dnia wstał jak gdyby nic się nie stało i żyje do dzisiaj.

Po wyjściu z katedry z mapą google rozpocząłem szukanie czegokolwiek co by zwróciło moją uwagę. Trudno jest szukać więcej atrakcji... ich tu po prostu nie ma.

Doszukałem się kilku pomników które jak grzyby po deszczu nagle wyrastały zza zakrętów. Pierwszym okazał się posąg John'a George'a Melvina - pierwszego premiera. Nastepnie kilka ulic dalej popiersie Jean'a Babtiste Bideau - kapitana pochodzącego z St Lucia, przyjaciela Simona Bolivara, walczył o niepodległość Wenezueli i służył jako gubernator wschodniej Wenezueli, zanim zginął w bitwie broniąc Wenezueli przed hiszpańskimi najeźdźcami w 1817 roku.

Obok znajduje się również popiersie Simona Bolivara - przywódcy walk o wyzwolenie Ameryki Południowej spod władz Hiszpanów.

Miejscem które jest bardzo słynne wśród turystów to Market street. Pandemia niestety spowodowała że zamarł tu ruch całkowicie, wszystkie stragany pozamykane.

Zaczęło się powoli ściemniać, a ja musiałem jeszcze wrócić do hotelu przez dzielnice nie cieszącą się najlepszą opinią. Mało turystów wie że domy wyglądające tak kolorowo wzdłuż portu to slamsy.

Ostatni dzień dobiegł końca, jutro powrót do domu...

Wieczór spędziłem na balkonie hotelu patrząc na Castries oświetlone pełnią księżyca.

Następnego dnia zamówioną już taksówką poprzedniego dnia pojechałem na lotnisko, które okazało się... jeszcze zamknięte. Musiałem odczekać 30 minut przy budce ochroniarza, dostałem nawet krzesełko abym mógł się godnie rozsiąść.

Nie wierzycie ??? Fotka jest tego najlepszym dowodem :-)

Długo czasu nie zabawiłem, po piętnastu minutach otworzono lotnisko.

Na terminalu pustooo, tylko ja i jeden pracownik lotniska który sprawdza wchodzącym temperaturę !!! Odprawę zrobiłem automatycznie.

Samolot American Airlines z dwunastoma pasażerami do Charlotte wystartował punktualnie.

Zbliżając się gdzieś do lądu zaczęło się ściemniać i mogłem podziwiać piękny wschód księżyca i zachód słońca.

Samolot wylądował na międzynarodowym lotnisko w Charlotte 30 minut przed czasem. Pozostała mi jedna godzina i 10 minut aby przejść przez granicę, odprawę celną, i ponownie przez bramki bezpieczeństwa. Takich jak ja pasażerów było znacznie więcej bo z samolotu wszyscy wybiegli biegiem.

I się zaczął wyścig z czasem....

W kolejce do odprawy paszportowej to już chyba z nerwów zacząłem liczyć ludzi, patrząc na zegarek odejmowałem ludzi którzy przechodzili przez granicę. Kolejka posuwała się nawet sprawnie, ale zajęło 40 minut zanim przyszła kolej na mnie.

Pozostało mi jeszcze 30 minut, z językiem na wierzchu przebiegłem przez odprawę celną aby znaleźć się tuż przy bramkach bezpieczeństwa na terminal C. Tu zajęło kolejne 15 minut... ale zdążyłem w ostatnim momencie !!!

Wyobrażam sobie gdyby samolot wylądował o czasie to nie było by szans aby zdążyć z połączeniem na następny samolot, a późniejszego połączenia do Nowego Jorku już dzisiaj nie ma.

Po dwóch godzinach wylądowałem na międzynarodowym lotnisku w Newarku. Kolejna podróż dobiegła końca...

wreszczie... home sweet home :-)

ŚWIAT BEZ WYCHODZENIA Z DOMU

    Copyright ©2019-2021  TUTAJ BYLEM LLC

    Wszystkie prawa zastrzeżone

    domena jest wlasnoscia serwisu - TUTAJ BYLEM LLC

    Kopiowanie i rozpowszechnianie zdjęć bez zgody autora zabronione

    157092209360451367.png