BANGLADESZ 2020

Wyjazd do Bangladeszu od dawna był na mojej priorytetowej liście. Dlaczego akurat teraz zdecydowałem się na podróż do tego państwa przez wielu uważanych za "piekło na ziemi" ? Postaram się znalesc odpowiedź, dlaczego akurat Bangladesz uważa się za pieknielne miejsce. Może chodzi o mega zanieczyszczone powietrze które występuje na większości powierzchni tego kraju, a może bezpieczeństwo, czy też wielki syf i bieda a woda w rzekach przypominająca raczej ścieki niż rzekę. Niestety to wszystko prawda, nawet flaga państwa na której znajduje się czerwony okrąg na zielonym tle, okrąg to symbol wschodzącego słońca a dlaczego zatem czerwony a nie żółty ? Blask słońca tak mocno rozprasza się w zabrudzonym powietrzu że obiera kolor czerwony. Kolor zielony natomiast na fladze  nawiązanie do urodzajności ziemi i bujnej roślinności.

Wylot z Nowego Jorku z przesiadką w Kuwejcie przebiegł bez żadnych incydentów. Samolot Boeing 777-300 wystartował o czasie, po około 45 minutach został podany obiad na który każdy miał do wyboru: Herbed chicken, Lamb Biryani lub Nargisi Kofta, do tego dochodziła sałatka kukurydziana a na deser Tiramisu. Wybrałem kurczaka ... miam miam :-)

Mniej więcej w połowie rejsu została podana kanapka, do wyboru były: Turkey Sandwich lub Chicken Sandwich. Podana została również kawa i herbata oraz zimne napoje.

Dwie godziny przed lądowaniem a więc w 12 godzinie rejsu został podany brunch, do wyboru były: Scrambled egg, egg spinach frittata oraz Puri Aloo Mutoor Bhaji - chleb smażony w oleju, serwowany z groszkiem i ziemniakami, na to wszystko polany był sos pikantny.

Lądowanie w Kuwejcie przebiegło gładko, oraz czas oczekiwania na kolejny samolot do Dakhi upłynął bardzo szybko.

Podstawiony został samolot Boeing 777-300, który był wypełniony do ostatniego siedzenia. Podczas 5 godzinnego lotu podróżni na kolację mieli: chicken with yellow rice oraz spicy lamb with white rice, do tego dochodziła sałatka oraz ciastko którego nazwy niestety nie znam. Zimne napoje oraz kawa i herbata.

Samolot wylądował o 12:09 AM czasu lokalnego.

VISA ON ARRIVAL

Od zaledwie kilku lat turyści przylatujący do Bangladeszu ale również ci którzy krzekraczaja granice drogą lądową mogą starać się o wizę w miejscu przekraczania granicy. Wymagane do tego jest wypełnienie formularzy oraz opłacenie $51 za wydanie wizy. Cała procedura zajęła około 20 minut, myślę że mogło być szybciej ale chaos chociaż było nas tylko 3 turystów którzy wyrabiali wizy. Najważniejszym elementem do wydania wizy było udokumentowanie przeze mnie że posiadam hotel w którym się zatrzymam.

SPOTKANIE Z RZECZYWISTOŚCIĄ

Po wyjściu z sali przylotów jak ćmy okrążyli mnie oferujący usługi taksówkarskie. Doświadczenie jednak nauczyło mnie żeby skorzystać z oficlanych taksówek które bardzo często mają swoje stoisko na lotnisku. Życie mnie tego nauczyło, nie wszyscy wiedzą ale niemiłe doświadczenie przeżyłem kilka lat temu w moim rodzinnym mieście Gdańsku. Taksówkarz próbował odjechać z moją walizką która była w bagażniku, ruszył z piskiem opon. Na szczęście inny kierowca zajechał mu drogę, zdążyłem dobiec do taksówki, to wszystko działo się ekstremalnie szybko. Od tego czasu nie odstępuję od walizki nawet na chwilę, naprawdę.
Wracam do tematu... Po negocjacji za taksówkę do dzielnicy Gusham 2 zapłaciłem 1000 taka ( ~ $12 ), to i tak dużo jak się później dowiedziałem ale dla osoby która dopiero co postawiła nogę w innym dziwnym kraju nawet i ta cena była do zaakceptowania. Do hotelu dotarłem około 3 rano.

STOLICA KRAJU: DHAKA

Krótka noc za mną, ale nie przyleciałem tu aby odpoczywać ale zwiedzić jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Na śniadanie jajko, pieczone ziemniaki i mnóstwo białego ryżu.
Zwiedzanie stolicy rozpoczynam od budynku parlamentu.
Budynek zaprojektowany przez amerykańskiego architekta Louisa I. Kahna (1901–1974), uchodzi za największy budynek parlamentarny na świecie.

Następnie Uberem, muszę tutaj wspomnieć że najprostszym i stosunkowo tanim środkiem lokomocji w stolicy jest Uber, dojedziemy nim prawie wszędzie. Na bardzo krótkie trasy polecam jednak riksze, na troszkę dłuższe trasy polecam Tuk-Tuk, czyli trzy kołową riksze napędzaną elektrycznie, oraz Tom-Tom, czyli trzy kołową rikszę ale napędzaną na gas, przez lokalnych ten rodzaj transportu nazywany jest LNG. Dla bardziej wymagających można również skorzystać z przewózki bryczką jednak nie wszędzie są one dostępne. Zanim jednak skorzystamy z uslugi targujmy sie, ceny zaczynają się od 30 Taka, czyli około 35 centów za przejazd.

Dojeżdżam pod budynek muzeum narodowego ale okazało się że muzeum otwarte jest dopiero od godziny 10 am, wrócę tu później. Biorę Tuk-Tuk i udaje się do starej części miasta. Stara Dhaka to z pewnością najbardziej zatłoczone miejsce w jakim kiedykolwiek byłem. Cały czas trzeba przeciskać się między rikszami, wózkami i ludźmi. Jeśli dodać do tego jeszcze głośny przejazd autobusów, ryczące statki i klaksony a wszystko w 35 stopniowym upale i kurzu powstaje mieszanka wybuchowa. Prawdziwy raj dla kolekcjonerów doznań. Wysiadam w części hinduskiej starego miasta i piechotą przemierzając wąskie uliczki dochodzę do dzielnicy muzułmańskiej. Po drodze dosłownie kuszę się na spróbowanie różnych wynalazków kulinarnych.

Dochodzę wreszcie do Różowego Pałacu ( Pink Palace ), to budynek Ahsan Manzil. Stoi w niewielkim parku oddzielonym jedynie zatłoczoną ulicą od brzegu rzeki. Niegdyś była to siedziba nababa Dhaki (taki tytuł przysługiwał indyjskim książętom, czasem używa się angielskiej formy "nawab"). W budynku udostępniono do zwiedzania 31 sal, których większość wyposażona jest w oryginalne meble i bibeloty z epoki kolonialnej. Jest sala bankietowa, sypialnia, sala portretów. Tylko fotografować kategorycznie nie wolno, mi jednak udaje się zrobić dwa zdjęcia.  Wstęp dla cudzoziemców kosztuje 500 taka.

Przechodząc przez ulicę znajduje się nad brzegiem rzeki Buriganga. Jednocześnie jest to najbrudniejsze miejsce jakie w życiu widziałem. Coś, co kiedyś pewnie można było nazwać piaszczystym brzegiem rzeki wygląda jak wysypisko śmieci nad mętnym ściekiem pokrytym warstwą wszystkiego, co już przestało być potrzebne. Moje pojawienie się na postoju wywołało prawdziwą euforię...  Wybór był trudny, ale targowanie niedługie... 100 taka za półgodzinny "rejs" do Sadarghat.  Wkrótce siedziałem na macie pełniącej funkcję pokładu.

Po przycumowaniu do brzegu po skarpie pełnej śmieci z trudem wdrapuje się na ulicę gdzie rozglądam się za rikszą, na widok "białasa" chętnych jest dużo tylko żaden z nich nie chce się targować. W końcu udało się, kolejnym punktem mojej misji jest pomnik męczenników Shaheed Minar, który upamiętnia osoby zabite podczas demonstracji ruchu języka bengalskiego w dniu 21 lutego 1952 r. W 1999 roku UNESCO ogłosił datę 21 lutego dniem międzynarodowego języka ojczystego, w hołdzie dla Ruchu języka i praw etniczno-językowych ludzi na całym świecie.

Na koniec pozostało mi jeszcze muzeum narodowe. Piętnastominutowa przejażdżka Tom-Tomem przez wąskie i  zatłoczone uliczki dowozi mnie pod samą bramę budynku. Poznamy tutaj historię kraju od A do Z. Bilet kosztuje 100 taka.

Szybki przelot przez muzeum uświadomił mnie że nie jest jeszcze aż tak późno żeby wracać do hotelu, ruszam dalej... po paru minutach staje przed ogromnym murem znad którego wyłania się tylko wieża kościoła. To ormiański kościół, oaza ciszy i spokoju w tak huczącym mieście. Kościół wzniesiono niegdyś ( XVII W ) w środku dzielnicy greckich i armeńskich kupców. Dziś ormiańska wspólnota w Bangladeszu jest tak mała, że spotyka się w kościele zaledwie kilka razy do roku - z okazji najważniejszych religijnych świąt i takich uroczystości jak ślub czy chrzciny... Dziedziniec kościoła (widać to na zdjęciu) jest niemal szczelnie wypełniony nagrobkami. A prezbiterium kościoła ma ciekawy kształt przypominający dziób okrętu... robi się ciemno, czas wracać do hotelu, jutro kolejny ciężki dzień, po drodze jednak zatrzymałem się przy Lalbagh Fort. Tak naprawdę to niewiele jest tu do zobaczenia. Budowę fortu rozpoczął  w 1678 roku któryś z książąt z linii Wielkich Mogołów. W trakcie budowy zmarła jego córka Pari Bibi, co uznano za zły omen i budowę przerwano.

COX'S  BAZAR

Następnego dnia pobudka o 5 rano. Dzisiaj udaje się do Cox's Bazar, miasta slynnacego z najdłuższej na świecie nieprzerwanej  piaszczystej plaży o długości 125 km. Zamawiam Ubera i udaje się na krajowe lotnisko. Docieram około godziny 6 rano, i ku zdziwieniu terminal zamknięty... ehh... byłem pierwszy, dookoła żywej duszy, tylko ja i terminal. Po chwili przyszedł facet w zielonej kurtce i z bronią wiszącą na ramieniu, jak umiał tak powiedział ale zrozumiałem że terminal  otwierają dopiero o 7 am, czyli dokładnie godzinę przed wylotem. I co tu robić, mam jeszcze ponad godzinę. Spytałem się jego troszkę używając języka migowego że  napił bym się kawy, po czym zaprowadził on mnie do kiosku w drugiej części lotniska. Za kawę i naleśnika ( nawet nie pytałem się jak jest stary i z czego zrobiony ) zapłaciłem 80 taka, nowemu koledze też zaproponowałem kawę ale odmówił. Wróciliśmy przed terminal gdzie powoli ludzie zaczęli  ustawiać się w kolejce. Wojskowy poprosił o tipa, a raczej go na mnie wymusił, to była lekcja na przyszłość żeby zawsze mieć drobne pieniądze. Rzeczywiście, terminal otwarto dokładnie o 7 am. Przejście przez bramki wykrywające metale zajęło parę minut i spokojnie udałem się do stoiska check-in. Odprawa przebiegła ekspresowo i dostawszy miejscówkę przy oknie poszedłem do wyznaczonej bramki. Stamtąd autobusem zawieziono nas na płytę lotniska, podstawiony był ATR 72 -600. Mały samolot ale doskonały na krótkie trasy. W niespełna 45 minutowym rejsie serwowany był zestaw śniadaniowy który składał się z naleśnika z mięsem i zrulowanej pity. Z napojów dostępna była butelka wody oraz kawa i herbata.

Po wyjściu z lotniska na pasażerów czekał tłum ludzi oferujących swoje usługi transportowe. Po wcześniejszych doświadczeniach udało mi się wynegocjować dobrą cenę, i tak za dojazd do centrum zapłaciłem 200 taka. Po meldunku w hotelu, przyszedł czas na zwiedzenie okolicy. Najlepszym sposobem było wynajęcie Tom-Toma który zawiózł mnie w każdy zakątek miasta. Zwiedzanie rozpocząłem od wizyty w buddyjskiej świątyni Aggameda Khyang. W 2012 roku grupa ekstremalnych muzumanow zaatakowała zakonników buddyjskich paląc doszczętnie całą świątynie.

Niestety nie udało mi się dostać do latarni morskiej z której podobno jest piękny widok na okolice. Okazało się że znajduje się ona w bliskim sąsiedztwie wojska i trzeba mieć specjalną przepustkę.
Cox Bazar słynie przedewszystkim z pięknych plaż nad zatoką bengalską, po drodze do Inani Beach, zatrzymuje się w parku narodowym Himchori. Po zaopatrzeniu się w bilet wstępu ( 160 taka ), i pokonaniu 240 schodów nieco zmachany docieram na szczyt. Nie usiadłem z zachwytu, normalny widok z góry na zatokę. Nie rozumiem dlaczego miejsce to jest aż tak bardzo polecane przez turystów na forach internetowych, ale raz w życiu warto być. Większe zainteresowanie natomiast wzbudził we mnie sam wodospad, który znajduje się na samym dole.
Wreszcie po kolejnej godzinie wożenia swojego tyłka dojeżdżamy do celu - plaża Inani. Widziałem wiele plaż w życiu ale ta była mega wielka. Od momentu wejścia na plażę do dojścia do wody to jakieś 500 metrów.
Po powrocie do hotelu mogłem wyspać się na dobre i nabrać sił na jutrzejszy dzień.

Poranek muszę się przyznać był ciężki, niby się wyspałem a z drugiej strony przeleżałbym cały dzień.

Opuściłem hotel około 8 rano aby zdążyć na lotnisko które wprawdzie nie jest aż tak daleko oddalone od hotelu ale wolałem być przed czasem. Na lotnisku okazało się że samolot jest opóźniony 2 godziny, trudno. Niestety lotnisko nie posiada żadnej kawiarni a WIFI na lotnisku niby jest za darmo ale trzeba mieć bengalski numer telefonu żeby można było się zarejestrować. Samolot ATR 72-600 linii US-BANGLA przyleciał z 1,5 godzinnym opóźnieniem. Na pokładzie podano nam śniadanie, do wyboru mieliśmy tylko coś co przypominało cheeseburgera oraz kawę i herbatę. W Dhaka samolot wyladowal około południa. Po powrocie do hotelu czekał na mnie zaprzyjaźniony dziennikarz z telewizji bengalskiej z którym byłem wcześniej umówiony.

SONARGAON I PANAM CITY

Ostatni dzień w Bangladeszu spędziłem poza miastem. Początkowo Uberem dojazd do dworca autobusowego Gulistan który  znajduje się tuż obok stadionu Moulana Bhashani, stąd natomiast starym autobusem wyjeżdżam do miasta które kiedyś było stolicą Bengalu. Miejscowość ta przeżywała okres świetności bardzo dawno temu, bo już w XVII wieku muzułmańscy władcy postanowili przenieść swoją siedzibę do Dhaki. I zdaje się, że od tego czasu nikt nie interesował się Sonargaonem. Spacerując sobie właściwie bez celu, trafiłem do parku, w którym odbywają się główne atrakcje tego miasta. Chwilę posiedziałem w ogródkowej restauracji, serwującej ulubioną przekąskę Banglijczyków – fuszkę.

Kolejnym punktem było muzeum sztuki ludowej i rzemiosła. Kompleks otworzony w 1975 roku szczyci się bardzo wysokim zainteresowaniem wśród banglijczyków ale także turystów pod warunkiem że uda im się tam trafić. Radzę poprosić o pomoc kierowcę rikszy który zawiezie nas pod samą bramę muzeum za około 50 taka, pamiętajmy żeby się targować. Ostatnim miejscem w dawnej stolicy Bengalu które jeszcze udało mi się zobaczyć był stary meczet Goaldi pochodzący z 1519 roku.
 

Zanim jednak wrócę do Dhaki, postanowailem przepłynąć rzekę Meghna aby udać się na Nunertek Island. Niewielu turystów tutaj dociera, może dlatego że wyspa nie cieszy się dobrą renomą. Zamieszkują ja bardzo ubodzy ludzie których nie stać na mieszkanie na lądzie, i co najważniejsze ze względów bezpieczeństwa musimy ją opuścić przed zachodem słońca.
 

Powrót do hotelu zajął prawie 3 godziny, mimo że odległości nie są aż tak wielkie to korki uliczne w Dhaka dają się we znaki na każdy kroku.

POWRÓT DO DOMU

Tak jak wszystko ma swój początek i koniec tak i misja Bangladesz dobiegła końca. Chciałbym jeszcze podzielić się sytuacją, nawet bardzo przyjemną, która spotkała mnie na lotnisku.
Na międzynarodowe lotnisko Hazrat Shahjalal przyjechałem dość wcześnie, widząc wcześniej te kolejki do wejścia na terminal. Ze względów bezpieczeństwa każdy podróżny zanim wejdzie do hali odlotów musi przejść przez bramkę do wykrywania metali oraz prześwietlić swój bagaż. Uwierzcie że takiej dżungli jeszcze nie widzieliście. Wysiadając z taksówki dosłownie znikąd zjawił się wojskowy o którym już wcześniej wspominałem podczas lotu do Cox's Bazar, kazał mi iść za sobą aż doprowadził mnie przed same wejście do budynku, zaoszczędziło mi to około 2 godzin czekania w kolejce. Myślicie że zrobił to za darmo ? Nie... ale dosłał napiwek i zadowolony jeszcze pomachał mi.

Jeszcze lepiej wspominam moment kiedy czekałem do odprawy biletowej w strefie ekonomicznej, czekając w kolejce podszedł do mnie pracownik lotniska i spytał się czy podróżuję sam i czy oddaję bagaż. Powiedziałem że sam i nie oddaję bagażu, na co on pokazał mi żebym zmienił kolejkę i przeszedł do klasy business. Poprosił mnie o paszport i kazał czekać w kolejce, oczywiście nie traciłem go z wzroku, przecież różnie to bywa. Podszedł do mnie po kilku minutach z paszportem i kartą wstępu do samolotu, wytłumaczył mi że siedzę przy oknie. Wydało mi się to troszkę dziwne bo ja i tak miałem wykupione miejscówki przy oknie. Na koniec wypełnił jeszcze za mnie deklarację celną każąc mi ją tylko podpisać.

Co dalej było, domyślacie się ? Tip..Tip... oddałem mu wszystko co miałem, około 300 taka czyli około $3.
O tym że dostałem miejscówkę w klasie pierwszej  dowiedziałem się dopiero po wejściu do samolotu. Po godzinie od startu została podana kolacja, mieliśmy do wyboru: Creamy Chicken Pesto Pasta, Bukhari Lamb i Paneer Matar Masala, podana również była sałatka grecka i ciastko pistacjowe. Zimne napoje, kawa i herbata. W liniach lotniczych z krajów znad tatoki perskiej nie dostaniemy alkoholu oraz dań z wieprzowiną.

ŚWIAT BEZ WYCHODZENIA Z DOMU

    Copyright ©2019-2020  I WAS HERE

    Wszystkie prawa zastrzeżone

    domena jest wlasnoscia serwisu - I WAS HERE

    Kopiowanie i rozpowszechnianie zdjęć bez zgody autora zabronione

    LOGOcircleBIG.png
    157092209360451367.png