-
oryginalna
- Dodał(a): tiramissu
- Data dodania: 2009-06-25 10:47:51
- Średnia ocena / ilość głosów: 5 / 3
W Lizbonie pojawiłyśmy się w środku nocy, ale nasz kolega Andre okazał się niezawodny i przyjechał po nas nawet w taką porę. Tak więc w końcu udało nam się spędzić noc w wygodnym łóżeczku z widokiem na ocean (a raczej na zatokę wyglądającą jak ocean). Andre i jego dziewczyna Ana zapewnili nam milion różnych atrakcji. Pierwszego dnia zwiedzaliśmy Lizbonę. Coś cudownego. Wszystkie chodniki wybrukowane mozaikami, których wykonywanie było głównym zarobkiem przodków, a dzisiaj nowe dzielnice Lizbony brukowane są rzecz jasna przez Litwinów i Polaków (a co tam! nasi są wszędzie!). Natomiast budynki są wyłożone kolorowymi, zdobnymi kafelkami. Zastanawia mnie, jak musiał być zaskoczony gość, który wpadł na pomysł założenia fabryki kafelek przed wiekami, bo przecież nie mógł się spodziewać nadejścia takiej niesamowitej mody, prawda?
I jeszcze tramwaje. Są po prostu fenomenalne. Żółte z zewnątrz. Drewniane od środka. I stare na wskroś. Kiedy się do nich wsiada, ma się wrażenie, że w środku zastanie się damy z parasolkami w białych koronkowych sukienkach i dżentelmenów z zawiniętym wąsikiem oraz melonikiem. Niestety, wrażenie jest mylne i szybko okazuje się, że jedyną zaszłością mogą być co najwyżej ubrania z zeszłego sezonu rumianej pani przy oknie. Wszystko poza tym jest jak najbardziej współczesne. Główny plac Lizbony był niegdyś zniszczony przez trzęsienie ziemi. I dlatego pewien niezbyt mądry król postanowił odbudować centrum "na szybciocha" i postawić prostokątne szare budynki (całe szczęście wyłożone później wspomnianymi kaflami). Są tam jednak miejsca godne uwagi. Jest ogromny pomnik Vasco da Gammy wykonany z białego alabastru, co wygląda po prostu olśniewająco podczas zachodu słońca. Nie mogę nie wspomnieć o ciastkach Pastel de Belem. Ich smak przypomniał mi pewną kreskówkę, którą widziałam w dzieciństwie. Małego psa, który dostał ciasteczko i z radości zawinął łapy wokół brzucha i z piskiem wyskoczył w powietrze, by potem z lekkością piórka opaść na ziemię. Ta scenka zawsze stanowiła dla mnie idealny wyraz uczucia, jak dobre potrafi być ciastko. I tamto właśnie takie było.
Kolejne dni spędziliśmy w campingu nad oceanem. W pamięci pozostaną leniwe popołudnia na gorącym piasku i rozkoszny szum wody. Wieczorami starałyśmy się przyzwyczajać do zupełnie innego sposobu zaspokajania głodu. Różni się on tym od znanego nam tradycyjnego kotleta po pracy, że Portugalczycy za dnia jedzą jak wróbelki, natomiast nocą, gdy wreszcie jest nieco chłodniej, nadrabiają stracony czas, pochłaniając ogromne ilości frutti di mare i sangrii z owocami. Kawą raczą się po każdym posiłku. Podawana jest w stylu śródziemnomorskim w naparstkach. Moja prośba o kawę w dużym kubku została uwieńczona przelaniem doń zawartości naparstka. Ostatnim elementem rozrywkowym był weekend na wsi u rodziców Any, którzy zorganizowali dla nas piknik z własnoręcznie wypiekanym chlebem z mięsem, oliwkami z własnej plantacji, własnymi winami i nalewkami i sardynkami.